"Bo­hater nie jest od­ważniej­szy od zwykłego człowieka, ale jest od­ważny pięć mi­nut dłużej."

sobota, 29 listopada 2014

Rozdział 13 - Będę sobą

      - Więc tutaj mamy chłopca. Trzeba go będzie sprawdzić, Ardezjuszu - do kogo ja mówię?! I o czym? Słowa same wychodzą z moich ust. Nie wiem, co się dzieje. - I chcę zobaczyć krew, słyszysz? Ma być dużo KRWI, jasne?!
     - Oczywiście, panie - ktoś mi odpowiada.
     - Można zacząć od czegoś prostszego - z moich ust znów wydobywają się dźwięki. - Tylko pamiętaj o znaku.
     - Dobrze, panie - nie widzę mojego rozmówcy. - Więc ilu?
     - Niech będzie na razie dwóch. Myślę, że tylu wystarczy - kompletnie nie pojmuję, o czym rozmawiamy.

sobota, 22 listopada 2014

Rozdział 12 - Że jaki ród?!

      Czytam:

12 czerwca

Synku! Tak naprawdę nie do końca jeszcze z nami jesteś - dzieli nas brzuch Twojej mamy. Ale za kilka miesięcy masz przyjść na świat. Nie będziemy mogli być razem, to niemożliwe. Dlatego przygotowuję to dla Ciebie już teraz. Potem nie będzie na to czasu. Czytaj w każdej chwili, w której tylko będziesz miał wątpliwości. O cokolwiek. Jakiekolwiek.

Więc na początku jestem Ci winien jakieś wytłumaczenia, prawda? Pewnie zastanawiasz się skąd pochodzisz i dlaczego jesteś taki, a nie inny. No to zacznijmy od początku. Kiedyś spotkałem gdzieś Twoją mamę. Zaprzyjaźniliśmy się i spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Aż w końcu się pobraliśmy. Ale jeszcze wtedy ona o czymś nie wiedziała. Właściwie nikt ŻYJĄCY oprócz mnie i jeszcze ejdnej osoby o tym nie wiedział. Otóż muszę Ci powiedzieć, że nie do końca jestem takim zwykłym człowiekiem. I ty też nie będziesz (czytaj: nie jesteś). Pochodzę ze starego rodu Azheriada, nazywanego Wojownikiem Ognia. Nie wiem tak naprawdę, skąd się wziął on i jego moce, ale raczej nie jest to teraz zbyt istotne. W każdym razie miał on syna, który był taki sam - rude włosy, świecące oczy, niesamowote umiejętności i dary. Ten syn - Fiodor miał kolejnego syna - Ortherfa, a temu urodziło się aż dwóch synów - Sofidex i Sylour. Ale jeden z nich (Sylour) był inny - jego włosy oraz oczy były czarne, był chudy, ale nadal nadzwyczajnie silny, nie posiadał żadnych mocy, jednak dostał pewien dar - bardzo powolne starzenie się. Sofidex to mój nieżyjący już ojciec. Natomiast Sylour (kiedy to jeszcze żył i jego brat, i ojciec) był bardzo zazdrosny przez to, że był odmieńcem. Ortherf więcej czasu spędzał z moim tatą, lepiej się z nim dogadywał. A w tym czasie mój wuj rozpoczął życie w całkowitym odosobnieniu. Nie miał nikogo. Z jednej strony cieszyło go, że nie musi patrzeć na te okropne twarze swojej "okrótnej" rodziny, lecz z drugiej - wciąż ogarniała go złość na myśl o tym, jak potraktował go ojciec. Choć tak naprawdę zrobił to tylko z jego winy - Sylour zazwyczaj odrzucał jego rady, często nie chciał z nim rozmawiać. Wreszcie postanowił, że się zemści. Ale już nie na umierającym ojcu, tylko na bracie. A dokładniej najpierw na jego rodzinie - na początku brat miał patrzeć na śmierć swoich najbliżych, dopiero potem przeżyć swoją. Jednak mój ojciec zmarł wcześniej przez chorobę serca. I w tym wypadku zemsta przeniosła się już tylko na mnie i moją rodzinę. Dlatego też musimy Cię oddać - Sylour zabije nas, a potem Ciebie, jeśli tego nie zrobimy. A jeżeli uda nam się gdzieś Ciebie ukryć i nie będziesz się ujawniał - jest możliwość, że już nigdy Cię nie znajdzie. Pamiętaj, musisz przeżyć. A ród Azheriada nie może wyginąć tak, jak to zapragnął sobie brat Twojego dziadka.

Jest jeszcze naprawdę dużo rzeczy do wyjaśnienia, ale nie wszystko na raz. W każdym wypadku, w każdej sytuacji - pamiętaj o jednym - jesteś taki, bo właśnie taki miałeś być. I z tego powodu powinieneś czuć się dumny. A gdyby ktokolwiek zwrócił by Ci na to uwagę, lub wyśmiał by Cię, uśmiechnij się tylko i wspomnij moje słowa. Bo należeć do rodziny Azheriada to po prostu zaszczyt.

I jeszcze jedno - kochamy Cię. Cokolwiek byś nie zrobił. Ale proszę, jeśli możesz, rób dobrze. Tak, byśmy, patrząc na Ciebie z góry, mogli kiedyś z dumą wskazywać Twoją osobę palcem i mówić "To jest nasz syn". Phoenix'ie, nie zawiedź nas. Nigdy.

      Nie mogę dalej czytać. Po prostu nie mogę. Jest mi tak głupio. Może nie jestem jakiś super zły, ale przecież tyle razy zastanawiałem się, dlaczego nie mogę być normalny. Nie zawsze też byłem miły, nie zawsze się odpowiednio zachowywałem. No i na dodatek mówiłem o nich, że są złymi ludźmi, nie wierzyłem Mary i James'owi...Czy ja ich już zawiodłem? W tej chwili mam wrażenie, że tak i podświadomie cały czas próbuję się z tego wytłumaczyć. Czyli jeszcze gorzej. Ale ja nigdy nie chciłem sprawić im przykrości... A w dodatku teraz nadal nie mogę w to wszystko uwierzyć - że pochodzę z jakiegoś rodu Wojowników Ognia, którego nazwy nawet nie potrafię wymówić, a po świecie krąży niesamowicie stary facet, który chce mnie zabić? To brzmi jak jakiś chory sen. Ale w sumie... Dlaczego niby ktoś miałby mnie okłamywać?
      Ocieram łzę, która spłynęła mi po policzku. Na szczęście tylko jedna. Nie mogę się teraz "rozklejać"... Zamykam poradnik, który tak właściwie okazał się zbiorem listów i schodzę na dół. Muszę szybko coś zrobić.
      W salonie siedzą rodzice. Siadam między nimi na kanapie, a potem się do nich przytulam i obojgu szepczę do ucha "przepraszam". Dziwnie się na mnie patrzą. Dodaję "Za wszystko." i wtulam się w ramię Mary. Byłem taki głupi!
      Ale oni już po chwili zrozumieli.
      - Nic się nie stało, Avi - mówi cicho James. - Naprawdę nic się nie stało.
      - Ale ja byłem taki okropny! Myślałem, że oni byli jacyś nienormalni! - znowu krzyczę jak dziecko.
      - Nie martw się, Avriel - mama ciepło się do mnie uśmiecha. - Jesteś dobrym człowiekiem, pomimo swoich błędów. I już zawsze taki będziesz.
      Po tej krótkiej rozmowie i jeszcze kilku minutach spędzonych w ciszy, idę do łazienki. Tam szybko myję włosy i ściągam soczewki. Myślę, że przynajmniej Cassie musi o tym wiedzieć. W końcu jest moją siostrą, więc i tak niedługo zobaczyłaby mnie w tej postaci.
      Wchodzę do jej pokoju.
      - Długo cię nie było - mówi bez odwracania się. Bawi się jakimś pluszakiem.
      - Tak, przepraszam. Za to mam ci do wyjawienia pewien sekret - drugie zdanie wymawiam teatralnym szeptem.
      - Tak? - Cassidy odwraca się w moją stronę zaciekawiona. - Co masz na włosach?
      - No właśnie nic - uśmiecham się do niej. - To mój prawdziwy wygląd. Ale pamiętaj, nie możesz nikomu mówić, okay? - patrzę jej prosto w oczy. Ona tylko kiwa szybko głową. Wiem, że mogę całkowicie jej zaufać, że nigdy w życiu mnie nie zdradzi. Czuję to.- I jeszcze jedno. Możesz mnie nazywać "Phi". To będzie nasze sekretne imię. Podoba ci się?
      - Jej, jest super! - mała cieszy się. - Phi... A ja też mogę dostać jakieś sekretne imię?!
- No pewnie! A jakie byś chciała?
      - Hmm... - dziewczynka robi poważną minę. - Mogę być Blue?
      - Jest świetnie - robię równie poważną minę i z uznaniem kiwam głową. - No to jak? Bawimy się? - podchodzę do niej i siadam na podłodze. - To kto dzisiaj będzie doktorem?
      Phi i Blue - brzmi conajmniej idealnie. Więc teraz mamy nawet swoje magiczne ksywki... No, nie mam teraz czasu, by o tym więcej myśleć - chore misie wzywają.





____________________






Rozdział znów krótki, wiem. Miałam jeszcze dodać w nim jakieś zdarzenie z Sophie, ale dawkujmy sobie przyjemności i zaskakujące momenty, tak? :* Ale ogólnie się podoba? :D

Zapraszam na moje pozostałe blogi :) :
fightersofthefuture.blogspot.com
cichyaniol.blogspot.comcom
Tak, tak, piszę trzy opowiadania na raz :3

czwartek, 20 listopada 2014

Rozdział 11 - Mam wybór... Ale jaki?

      Gdy się budzę, zauważam, że nadal przytulam Cassidy. Dobrze, że jej w nocy nie zgniotłem... Ona jeszcze śpi, więc ostrożnie wychodzę z łóżka, poprawiam jej kołdrę i po cichu wychodzę z pokoju. Na szczęście NADAL śpi, także zamykam drzwi.
      Idę do łazienki, przygotowuję się. Dzisiaj już chyba nie zdążę pobiegać, bo wstałem za późno. I w tym wypadku tylko jem płatki z mlekiem, biorę plecak i udaję się do szkoły.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Rozdział 10 - No to jestem bratem

      Dzisiaj o 17:00 mam się spotkać z Sophie. Teraz jest 15:17, więc mam jeszcze trochę czasu. Większość dnia dzisiejszego spędziłem z Cassidy. Mała naprawdę mnie polubiła. A z resztą, ja ją też. Nie spodziewałem się, że tak bardzo zaprzyjaźnię się z nową siostrą, tym bardziej, kiedy to dowiedziałem się, że ma mieć tylko kilka lat. A teraz ciągle z nią rozmawiam, opowiadam jej o naszym domu i sąsiedztwie, razem rysujemy i się bawimy.
      - To teraz pobawmy się w lekarza! - krzyczy Cassie i łapie mnie za rękę. Zaciąga mnie do swojego pokoju.

niedziela, 16 listopada 2014

Rozdział 9 - KIM JA JESTEM?!

      - Mam nadzieję, że macie pieniądze - mówi najniższy z trzech ludzi i uśmiecha się w podejrzany sposób. Wszyscy mają na głowach kominiarki i są podobnie ubrani, ale każdy jest innego wzrostu.
      W głowie ustalam plan działania, a oni nas okrążają. Zasłaniam Sophie.
      - No to jak? Dacie nam to, czego chcemy, póki jeszcze grzecznie prosimy? - pyta wyższy. - Czy mamy poprosić w inny sposób? - wystawia w naszą stronę nóż.
      I w tej chwili nie mogę marnować już więcej czasu. Mówię Sophie, żeby na mój znak od razu zaczęła uciekać i staję prosto, by nie wyglądać na przestraszonego. Obserwuję najwyższego.
      - Czyli jednak wolicie ten drugi sposób? - pyta i podnosi rękę, w której trzyma nóż, by mnie zaatakować.

sobota, 15 listopada 2014

Rozdział 8 - Aktualizacja rodziny i nieudane spotkanie

      Jestem w naszym starym domu. Nie pamiętam już, kiedy tu przyszedłem. Może przed chwilą? Może godzinę temu? Siedzę w pustym salonie. To wygląda trochę, jak mój sen. Ale nie jest tak samo. Nagle otwierają się drzwi. Ktoś wchodzi. A właściwie dwa "ktosie". Wysoka kobieta z brązowymi włosami oraz jeszcze wyższy rudy mężczyzna. Nie mam na sobie ani soczewek, ani farby, więc trochę się boję, bo nie powinienem pokazywać się tak obcym.
      - Phoenix... - kobieta mówi prawie bezgłośnie. Ale skąd ona zna moje imię? - Synku!

piątek, 14 listopada 2014

Rozdział 7 - Phoenix Ledger

      Na początku widzę kopertę i duży segregator z napisem "Nie zapominaj - nigdy". Niby nic niezwykłego, tak? To spróbuj sobie wyobrazić, że twoi rodzice w pewnym momencie nagle zniknęli i nie masz pojęcia jak brzmiały ich głosy, jak wyglądało ich pismo, w jaki sposób się uśmiechali, a nawet jak wyglądali. I zupełnie niespodziewanie możesz zobaczyć większość z tych rzeczy po raz pierwszy. Teraz już wiesz, dlaczego chciałem płakać? W sumie teraz, wyobrażając sobie to wszystko, co może znajdować się w środku nadal chce mi się płakać. Ale nie potrafię określić, czy to ze szczęścia, ze smutku, wzruszenia, złości, bezradności czy też może zupełnie bez powodu.

środa, 12 listopada 2014

Rozdział 6 - Urodziny, czyli niezwykły zwykły dzień

      Kiedy wchodzę do kuchni, mama i tato wyjątkowo już tam są. Na początku nie mogę przypomnieć sobie o co chodzi. Jednak już po chwili widzę stojący na stole mały torcik - wszystko jasne. Gdyby nie rodzice, to chyba sam całkowicie zapominałbym o swoich urodzinach. Na stole leży jeszcze kilka rzeczy, są zapakowane.
      - Wszystkiego najlepszego, Avi - Mary przytula mnie i z trudem całuje w czoło.
      - No, dzisiaj kończysz 17 lat, jesteś już prawie dorosły - James również mnie przytula, a potem staje przy kuchence i uśmiecha się.

wtorek, 11 listopada 2014

Rozdział 5 - Przyjaźń...?

      Rano, jak zazwyczaj, idę do łazienki, by przygotować się do wyjścia. Ukrywam oczy pod soczewkami i zauważam coś strasznego. Nie ma farby do włosów. Co mam robić? Jak ja pójdę do szkoły? Przecież teraz nigdzie tego nie kupię! Biegnę do kuchni, w której na szczęście jest już mama.
      - Jest taki problem... Bo ja... No wiesz, nie mogę iść dzisiaj do szkoły - mówię ze smutną miną.
      - Co się dzieje? Jesteś chory? - pyta zaniepokojona Mary.
      - Nie, gorzej. Farba do włosów mi się skończyła.
      - Spokojnie, mam gdzieś swoją, to ci pożyczę - swoją? Ale ona nie farbuje włosów...

poniedziałek, 10 listopada 2014

Rozdział 4 - Być sobą...?

      - No to jak jest z tymi twoimi kolegami? - pyta mama, kiedy schodzę do kuchni. - Poznałeś już kogoś bliżej?
      - No nie do końca - a właściwie wcale, ale oczywiście nie mówię tego na głos. - Taka Sophie chciała mnie oprowadzić po okolicy, ale... No nie wiem, czy to nadal jest aktualne.
      - Stało się coś? - Mary odwróciła się do mnie i zrobiła poważną minę.
      - Nic szczególnego, po prostu trudno jest się wpasować w taką grupę ludzi, a tym bardziej się z nimi zaprzyjaźnić - wolę na razie nie wspominać o zdarzeniu z ogniem.

Rozdział 3 - Było już prawie okay...

      Znowu budzę się po usłyszeniu dwóch strzałów i dzwonka. Nie mam pojęcia, dlaczego znów mam ten sen. Nigdy wcześniej mi się to nie śniło. Jednak czuję, że szybko to nie odejdzie... Te sny mają coś znaczyć? O czymś przypominać, ostrzegać? Nie, to głupie, przecież takie rzeczy się nie sprawdzają.
     Idę do szkoły. Trochę się boję, jak zostanę osądzony po wczoraj. Co sobie o mnie pomyśleli? W każdym razie na przyjaźń z jedną osobą na pewno nie mogę liczyć.

niedziela, 9 listopada 2014

Rozdział 2 - Nowa szkoła

        Jak zwykle budzę się o 6:00. Wykonuje poranne czynności (w tym także wykonuję serię ćwiczeń oraz wychodzę pobiegać na pół godziny), a następnie idę do kuchni i szykuję sobie posiłek. Zjadam go w samotności. Tato chodzi do pracy na 10:00, a mama cały dzień jest w domu, więc w tygodniu nie wstają tak wcześnie jak w weekendy.
Dziś czeka mnie pierwszy dzień w nowej szkole, więc mam na sobie białą koszulę i czarne spodnie. Wczoraj mama próbowała mnie namówić na sweter, ale oczywiście się na to nie zgodziłem.

czwartek, 6 listopada 2014

Rozdział 1 - Kim jestem?


        Siedzę w domu na kanapie. Jest całkowicie cicho, nikogo nie ma w domu. Co się z nimi stało? Mam wrażenie, jakby zupełnie nagle zniknęli. Nie wiem dlaczego, ale coś zmusza mnie do pozostania tam, gdzie jestem, pomimo tego że chcę poszukać rodziny. Coś mówi mi, że są bezpieczni, więc się nie denerwuję. Jednak nagle słyszę dwa wystrzały. Ktoś zginął? Kto? Co się dzieje?! Znów otacza mnie tylko cisza. Cisza i nic więcej. Już po chwili się to zmienia, bo słyszę głośny dzwonek. O co chodzi?!

Prolog


Na ulicy oświetlonej już tylko samymi lampami nagle pojawiło się dwoje ludzi z małym zawiniątkiem. Mężczyzna sprawdził na zegarku godzinę. 21:34. Podeszli pod numer 14 na Flower Street.

- A więc to tutaj? - spytała kobieta, nie oczekując odpowiedzi. - Jesteś pewien, że to dobre miejsce? - była wyraźnie zdenerwowana.

- Hej, spokojnie. Ci ludzie są naprawdę dobrzy. Przecież ich obserwowaliśmy. Wiemy o nich wszystko, co powinniśmy. Oni marzą, żeby zostać wybranymi, choć… Nie do końca o tym wiedzą - „No okay, nie za dobrze to ująłem…”. - Będzie dobrze, na pewno się nadają. To nasi najlepsi kandydaci.